Abp K. Majdański, Będziecie Moimi świadkami, Łomianki 1999, s. 35-44:
ZATRZASNĘŁA SIĘ BRAMA
Nad Włocławkiem coraz ciemniejsza noc okupacji. Włocławek nazywa się „Leslau” (nikt z mieszkańców Włocławka nigdy tej nazwy nie słyszał). Jest też wydawany dziennik „Leslauer Bote”. Wszystko zostało dokładnie przygotowane dla „Leslau”.
Następują systematyczne aresztowania: Z Seminarium zabierają najpierw, wraz z prefektami szkół, tych księży-profesorów, którzy byli jednocześnie wykładowcami w Liceum im. Piusa X: ks. Michała Morawskiego (historyk, docent Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie), ks. Antoniego Pawlaka (pedagog), ks. Mieczysława Chwiłowicza (matematyk, były dyrektor) i ks. Faustyna Stefańczyka (filolog klasyczny). Wyjeżdża zaś na polecenie przełożonych ks. prof. Stefan Wyszyński, redaktor naczelny „Ateneum Kapłańskiego”, prosząc mnie przed wyjazdem, jako „dziekana” alumnów o zajęcie jego mieszkania: żołnierze Wermachtu okupują coraz więcej pomieszczeń seminaryjnych, zajęliby więc natychmiast mieszkanie wolne, przy czym chodzi przede wszystkim o ocalenie dużego księgozbioru. Nie został ocalony, gdy nas w tym mieszkaniu aresztowano: aresztowano, obok mnie dwóch innych alumnów, dokooptowanych na życzenie Ks. Profesora.
Ks. Biskup niczym nie zniechęcony czyni nadal wytężone starania o zezwolenie na otwarcie Seminarium. Informuje o przebiegu tych starań naszych przełożonych. Okazuje się, że rozmowy są bardzo trudne. Nie poznaję Niemców – mówi Ks. Biskup – są inni od tych, których znałem dawniej.
Mijają dwa święta: Chrystusa Króla i Wszystkich Świętych jakże uroczyście corocznie obchodzone w katedrze. Tym razem pusto i głucho. Jedyne celebry pontyfikalne, jakie w swoim życiu sprawuje ten bardzo godny pontifex. Jestem szczęśliwy, że do obu mogę mu asystować jako subdiakon (nie miałem święceń wyższych).
7 listopada mówią nam, że wreszcie jednak długie starania Ks. Biskupa odniosły skutek: okupacyjne władze miejskie dały zezwolenie na funkcjonowanie Seminarium od jutra, dnia 8 listopada 1939 roku.
Ale jeszcze nie zakończył się dzień dzisiejszy, 7 listopada. Jeszcze jest długi wieczór tego jesiennego dnia. Jakże długi i jakże pamiętny: wieczór uwięzienia wszystkich profesorów i alumnów.
Rozeznanie funkcjonariuszy w rozległym gmachu seminaryjnym jest znakomite. Nie na darmo stacjonował tu od tygodni, coraz bardziej poszerzając swój stan posiadania, Wermacht. Najzupełniej przypadkowo unika aresztowania tylko jeden człowiek: ks. dr Ignacy Rudziński, ojciec duchowny Seminarium. Oczywiście jesteśmy od samego początku objęci akcją w mieszkaniu ks. prof. S. Wyszyńskiego. Wszystko odbywa się we względnej ciszy i we względnym spokoju. Ale czai się lęk. To po raz pierwszy w życiu aresztowanie i po raz pierwszy taki lęk. Paraliżuje. Podręczna walizka „więzienna” była gotowa. Jakiś drobiazg wyjąłem w dniach ostatnich: przecież, gdy będzie trzeba, włożę z powrotem. Nie włożyłem. Lęk sparaliżował. Wśród ciszy, już prawie nocnej, gromadzą nas spod ziemi wyrośli stróże nowego porządku na ulicy przed Seminarium. Dołącza mały konwój prowadzący Ks. Biskupa. Są to ostatnie jego kroki po ulicach Włocławka. I niejednego z nas. Trasa niedługa: ulicą Seminaryjną, obok kościoła św. Witalisa w prawo ulicą ks. prymasa S. Karnkowskiego, do więzienia. Nie pamiętam tego, by brama więzienna otwierana była głośno, ale głuchy huk zamykanej bramy słyszę dotąd. Znaczył wiele.
Przez dziedziniec więzienny i zakamarki budynku wprowadzają wszystkich, z wyjątkiem Ks. Biskupa, do dość obszernej celi: od razu widać, że to kaplica. Jest ołtarz, są przybory liturgiczne. Nie ma żadnego sprzętu, który by po ludzku umożliwiał spełnienie rozkazu: Wszyscy spać! Ale miejsca na podłodze właśnie tyle, by wszyscy mogli ciasno ułożyć się obok siebie. Pod głową kalosze, buty lub jakaś mała walizka. Jak wyjść w nocy, oczywiście, przy zachowaniu więziennego ceremoniału? Są wśród nas ludzie starzy.
Jest nas wszystkich czterdziestu trzech: księża profesorowie i wychowawcy seminaryjni, kurialiści, księża parafialni i klerycy. To jednak nie wszyscy duchowni, jacy jeszcze zostali we Włocławku po poprzednich brankach, choć zostało już niewielu. Aresztowania dokonują się etapami, zgodnie z kluczem wiadomym tylko wszechwładnemu Gestapo (Geheime Staatspolizei). Jedno wszakże staje się coraz bardziej jasne: powzięto program wyniszczenia polskiego duchowieństwa katolickiego.
Zanim się to potem objawi bez reszty, poprzez same relacje liczbowe i poprzez cały system tortur obozowych, już pierwsze godziny pobytu w więzieniu włocławskim zaczynają o tym informować. Więzienie zapełnia się coraz bardziej (są także egzekucje!), ale chodzi o ludzi znanych Gestapo. Nasze natomiast personalia (choć częściowo także znane; Gestapo posiadało na przykład spisy diecezjalne) zostają spisane dopiero teraz, w celi więziennej. Mówiono niekiedy potem nawet w szerokim świecie (propaganda hitlerowska była tu niewątpliwie czynna) o zdecydowanie wrogiej postawie „politycznego” duchowieństwa polskiego wobec okupanta, co miało być przyczyną aresztowań. Zdecydowanie wroga postawa była postawą całego Narodu. Chodziło o wpływowe warstwy społeczeństwa, a więc o inteligencję i o tych, którzy jako księża mieli szczególny wpływ na Naród, byli szczególnie odpowiedzialni za wartości duchowe społeczeństwa i za takich byli przez nie uznawani. Ani moi koledzy, ani ja nie uprawialiśmy działalności politycznej, ale byliśmy wszyscy, wraz z sędziwymi kapłanami Włocławka, niebezpieczni przez samą przynależność do stanu duchownego. Warthegau nie potrzebowało nikogo z nas ani jako siły roboczej, ani jako żołnierzy. Opatrzono nas nazwą Schutzhäftling, a potem dopiero pytano o imię i nazwisko.
Schutzhäftling! System kłamstwa tłumaczył nam poczciwy (taki był!) komendant więzienia: „Zostaliście zabrani na kilka dni przed 11 listopada, bo w tym dniu jest u was narodowe święto, trzeba więc było wziąć was w opiekę (Schutz), by się wam nie stała krzywda ze strony waszych wzburzonych na was rodaków”. Kto by to wymyślił? I kto by w to uwierzył? Nasz komendant wierzył i pewnie było mu z tą wiarą łatwiej pełnić swoje obowiązki. W jak potworny system kłamstwa ujęto całe społeczeństwo! Spotkamy się z tym jeszcze niejednokrotnie.
A obok kłamstwa buta! Ogłoszono nam: Należy oddać wszystkie pieniądze co do grosza; zostaną szczegółowo spisane i nie przepadnie nic, bo jesteśmy społeczeństwem ludzi uczciwych. Oczywiście przepadło wszystko. I któż by zresztą o tym myślał wobec tych wydarzeń, które zajmowały i myśl, i serce.
W strasznie ciasnej kaplicy szybko zapanuje ład: porządek naszego więziennego dnia ustalają seniorzy. Następują starania o możność odprawiania Mszy św. Stajemy się szybko zwartą wspólnotą, mimo różnic wieku. Zostaje przeznaczony czas na modlitwę, studium, konferencje, posiłki i rozmowy. Konferencje i dyskusje dotyczą wybranych problemów teologicznych. Przekazywane są wspomnienia z dziejów diecezji włocławskiej i seminarium duchownego, o dużych tradycjach naukowych i wychowawczych. Tragiczna sytuacja polityczna Polski jest oczywiście stałym refrenem. Studium (także językowe) staje się możliwe dzięki dostarczanym z zewnątrz książkom. Rozmowy wśród młodych coraz niespokojniej dotyczą możliwych i wytęsknionych zmian: podobno są jakieś obozy koncentracyjne; dlaczego nas do nich nie przewożą? Nikt wtedy jeszcze nie widział całej grozy takiej perspektywy.
Ponieważ posiłków administracja więzienna w początkowej fazie jakby nie przewidywała, bardzo ofiarne siostry seminaryjne przekonują straż więzienną o potrzebie dostarczania żywności. Dobre siostry przekazują znacznie więcej, zwłaszcza wiadomości. Jakże mogłoby się obejść bez grypsów?
Modlitwa więzienna. Po pobudce porannej i koniecznych porządkach, wyprowadzeni na korytarz więzienny, idziemy w ciszy, jeden za drugim, odbywając cichą modlitwę – rozmyślanie. Zapisało się to bardzo wyraźnie w pamięci: widzę ten nasz spokojnie krążący szereg dotąd.
Dygnitarz-gestapowiec wyraża zgodę na Mszę św. Ma być odprawiana raz w tygodniu, w niedzielę, przez Ks. Biskupa: Czas wyznaczony: pół godziny. O określonej porze strażnicy przyprowadzają Ks. Biskupa. Jest skupiony. Zawsze najpierw prosi o spowiedź ks. prałata Antoniego Borowskiego (senior, profesor Uniwersytetu Warszawskiego), i zaraz po tym sprawuje Najświętszą Ofiarę.
Rozmów nie ma. Nie pozwala na to skupienie i brak czasu. Ale widzimy Ks. Biskupa i uczestniczymy we Mszy św. przez niego spokojnie sprawowanej. To ogromnie dużo. Wiemy też, że przebywa w zupełnej izolacji, w jakiejś celi piwnicznej, na cemencie. Te warunki dają o sobie stopniowo znać: Więzień coraz mniej jest sprawny w chodzeniu, a zwłaszcza w klękaniu.
Tak nadchodzi niedziela okresu, w którym władzę nad więzieniem objął komendant-służbista. Służbista kamienny. Nie rozumie życzliwego uśmiechu więźnia. Pełen dobroci nasz rektor, ks. Franciszek Korszyński, za taki uśmiech zapłaciłby wiele, gdyby ktoś wprawną niemczyzną tego uśmiechu nie wytłumaczył. Kamienny służbista wchodzi do kaplicy w czasie Mszy św., tuż po Podniesieniu i stwierdziwszy, że minęło 30 minut, krzyczy: Bischof, raus! Biskup, wychodzić! Wobec nieporuszonej postawy celebransa głos komendanta się wzmaga, a on sam jest coraz bliżej ołtarza. Powiało grozą. Powiedziano potem: wyglądało tak, jakby się miała powtórzyć Święto Stanisławowa Skałka. Najbliżsi ołtarza radzą, by Ks. Biskup spożył Święte Postacie i zakończył Mszę św. Tak się też staje. Ks. Biskup zostaje natychmiast wyprowadzony:
Co przeżywa.? Po kilku tygodniach pozwolono mu spotkać się z nami na chwilę po południu w wigilię Bożego Narodzenia. Rozdzieleni już po celach i wyposażeni w więzienne sienniki, gromadzimy się na krótkie spotkanie. Ks. Biskup przemawia zwięźle wypowiadając z mocą słowa liturgii brewiarzowej: Crastina die delebitur iniquitas terrae. W dniu jutrzejszym zniweczona zostanie nieprawość ziemi! Nie łudzi się. Jest realistą i zdaje sobie sprawę z całego tragizmu sytuacji. Ale jest nade wszystko „realistą” wiary.
Tuż obok nas inny świat. Zwłaszcza świąteczne dni dają okazję przedstawicielom klasy władców oficerom różnych formacji, by zwiedzać rodzaj ogrodu zoologicznego, jaki dla nich stanowimy. Tak właśnie nas oglądają i tak się zachowują. Jaki obcy stać się może człowiek człowiekowi! A przecież nie chcieliśmy tego. A przecież nic nie uczyniliśmy, by tak było. Gdy zwiedzający wchodzą, mrozi nas komenda: Achtung! Stanie na baczność to nakazana postawa wobec władców. Taka postawa poddanych upokarza, a jednocześnie karmi pychę „panów”.
I taki, w historii naszego pobytu w więzieniu włocławskim błysk heroizmu. Chodzi o naszego młodszego kolegę; Bronisława Kostkowskiego. Jego mieszkający w Bydgoszczy (już na początku wojny krwawo spacyfikowanej) rodzice doprowadzają poprzez wielkie starania do tego, że Bronisław został powiadomiony o wypuszczeniu na wolność, pod jednym wszakże warunkiem: wyrzeknie się myśli o kapłaństwie. Stanowczą jego odpowiedzią jest: Nie.
Mówi o tym zdarzeniu, wróciwszy do celi, wychowawcom i nam. Nie patrzymy na niego jak na bohatera. A przecież jest! Zginął potem jako kleryk w Dachau. Zginął kleryk za wierność wobec kapłaństwa. Potem dołączyli inni: mój kolega, Stanisław Grzesitowski mógł był uniknąć strasznego losu w obozie, gdyby się zgodził powiedzieć: Nie będę księdzem.
(...)